Turcja nigdy nie należała do moich wymarzonych miejsc na eskapadę rowerową. Kojarzyła mi się z leniwym smażeniem w słońcu na plaży i klimatem zbyt gorącym na podróż rowerem. Pojechałem, bo kolega tam się wybierał i szukał kompana, a ja akurat dość niespodziewanie wywalczyłem miesięczny urlop. Plan Roberta był taki, że mamy przejechać całą Turcję z zachodniego wybrzeża na sam wschód, pod Ararat. Oczywiście jak zwykle podróż ze sakwami i noclegi tam gdzie wypadnie koniec dnia.
Zaczęliśmy podróż w Izmirze, dokąd dotarliśmy samolotem. Wiedziałem już wtedy, że zachód Turcji mnie najmniej interesuje, chciałem jak najszybciej dotrzeć do centralnej i wschodniej Turcji, by zaznać egzotycznych dla mnie klimatów. Muszę jednak wspomnieć o zachodniej Turcji. W pierwszym dniu zaliczyliśmy jeden z najważniejszych zabytków w Turcji – najlepiej zachowane ruiny greckiego miasta – Efezu. Ponieważ był dopiero 30 kwietnia mieliśmy niepowtarzalną okazję zobaczyć to miasto bez tłumów turystów, dodatkowo było zielono i kwitły czerwone maki. Warto było. Kolejnym żelaznym punktem zwiedzania Turcji jest Pamukkale – cóż za rozczarowanie! Turcy prawie zupełnie zniszczyli ten cud natury, zapomnijcie o widokach z folderów reklamowych i pocztówek. Wapienne misy zarastają trawą, a brodzi się po betonowych, sztucznych tarasach. Dalej na wschód jechaliśmy głównie mniej uczęszczanymi drogami przez krainę górskich jezior, z których niektóre były są wyjątkowej urody.
Wyprawa zaczęła się dla mnie przed Konya, wtedy zobaczyłem pierwsze stożki wygasłych wulkanów pośród suchych gór i poczułem, że wymarzona egzotyka jest blisko. W Konya jest mauzoleum Mevlany, wielkiego islamskiego poety i mistyka. Dla Turków to miejsce ma znaczenie porównywalne z Jasną Górą dla Polaków. Dla nas ciekawe były grobowce Mevlany i derwiszy. Warto zobaczyć, jeśli się tam przejeżdża.
Z Konya, jadąc równiną, dawnym stepem (obecnie w dużej mierze tereny uprawne) dotarliśmy do słynnej krainy – Kapadocji. To tutaj znajdują się bajkowe budowle wydrążone nad i pod ziemią w wulkanicznej skale oraz powstałe w naturalny sposób dziwaczne formy skalne. Zaczęliśmy zwiedzanie od doliny Ilhary, odległej od centrum turystycznego Kapadacji i od razu natrafiliśmy na najciekawszy, moim zdaniem zabytek. Był to monastyr w Selime. Chodziliśmy blisko godzinę po tunelach i pomieszczeniach wydrążonych na różnych poziomach, a i tak nie wszędzie dotarliśmy, zwłaszcza do najwyższych pomieszczeń. To było zbyt niebezpieczne. Bardzo nam się podobało, że mogliśmy tam sami chodzić, bez tłumu turystów i zadumać się nad losem jednych z pierwszych chrześcijan. W Kapadocji zwiedziliśmy jeszcze dwa największe, wielopoziomowe podziemne miasta Kaymakli i Derinkuyu oraz centralną część Kapadocji, za bazę mając popularną miejscowość Goreme. Rower to doskonały środek transportu do zwiedzania dolinek wokół Goreme, był tylko jeden problem – w szybkim tempie zobaczyliśmy tyle niezwykłych widoków, że po jednym dniu zwiedzania mieliśmy przesyt tych widoków.
W Kapadocji objawiła się moja fascynacja wulkanami, fotografowałem je z każdej możliwej strony, ale trzeba przyznać, że wulkany tam były piękne – klasyczne, potężne, stożkowe góry z ośnieżonymi szczytami. Pierwszy niesamowity widok na dwa stożki wulkanu Hasan Dagi mieliśmy przy wyjeździe z doliny Ilhary. Najpiękniej prezentował się jednak wulkan Erziyes Dagi, gdy omijaliśmy go po drodze z Kapadocji na wschód.
Jechaliśmy dalej na wschód przez tereny, na których nic nie było, drogi słabo uczęszczane, miejscowości co kilkadziesiąt km, ale jakie to „nic” było! Na płd. od Erziyes Dagi przejeżdżaliśmy przez prawdziwy step – kolejne moje marzenie się spełniło! To był niezwykła droga, pusto, płasko, z jednej strony wysychające słone jezioro, za nim Erziyes, z drugiej strony step pełen gryzoni, nieznanych nam ptaków, daleko na horyzoncie ośnieżone góry. Za równiną dotarliśmy do gór z rzadka zasiedlonych, niezwykle urozmaiconych. Wystarczyło głowę odwrócić, by widzieć kompletnie inny krajobraz.
Podziwiając urozmaicone krajobrazy, z dodatkowymi przygodami, takimi jak problemy z błędami na mapie, oznaczeniami dróg, OTB Roberta z powodu połamanego przedniego bagażnika, dotarliśmy do kolejnego sztandarowego miejsca w Turcji – do parku Nemrut. Góra Nemrut słynie z kamiennych głów na szczycie i okolicznych pozostałości po starożytnych Rzymianach. Robert zdobył górę rowerem, to niezwykły wyczyn, bo wyjazd jest długi, ciężki, a ostatnie kilometry to kostka brukowa. Ja zdecydowałem się na wycieczkę busem, żeby odpocząć przed dalszą podróżą. Upał w ostatnich dniach, przejechane kilometry i wyjątkowo ciężki teren w tym rejonie dawały się już nam we znaki. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że wiosna na tej szerokości geograficznej i wysokości (prawie cały czas jeździliśmy powyżej 1000m n.p.m) jest specyficzna. Jeśli świeciło słońce – było gorąco. Jeśli tylko zakryła je chmura, było tak zimno, że wypadało ubierać polar. Nocą było zwykle bardzo zimno, wyżej w górach temperatura spadała nawet do zera.
Dotarliśmy w końcu do nieoficjalnej stolicy tureckiego Kurdystanu (oficjalnie dla Turków Kurdystanu nie ma) – do Diyarbakir. Przed Diyarbakir mieliśmy przedsmak tego, co nas dalej czekało – pierwszy punkt kontrolny, wojsko, ciężka broń maszynowa, czołg. Mieliśmy obawy przed wyjazdem, jechać do Kurdystanu? W kwietniu były zamieszki w Diyarbakir, wybuchały bomby. Zwyciężył zdrowy rozsądek –w mediach z reguły przerysowują sytuację, ludność miejscowa jest ponoć bardzo przyjazna ludzie jakoś tam muszą żyć, więc i my przeżyjemy ;). Co do miasta – no cóż, miasta w Turcji raczej się nam nie podobają. Diyarbakir ma unikalne zabytki, mury obronne, stare miasto, ale ogólnie to jak wszędzie w Turcji – ten sam bałagan, chaos. Tworzy to pewien klimat i warto to zobaczyć, jednak na dłuższą metę jest męczące. My wolimy prowincję i kontakt z naturą.
Wracając do zdrowego rozsądku, normalni ludzie pojechaliby na wschód, główną drogą do Van (przy okazji ryzykując śmierć pod ciężarówką). Ja nie miałem ochoty na wdychanie spalin i wykreśliłem palcem na mapie drogę przez południową część Kurdystanu, przez prowincję Hakkari. Znalazłem po drodze miasto Mardin, Midyat, opisywane bardzo zachęcająco w przewodnikach, a dalej drogę przez wysokie przełęcze. Nie mieliśmy pojęcia, czy te drogi są przejezdne, jak wyglądają góry, czy nas wojsko przepuści. Nie było żadnych informacji w internecie. W przewodnikach czytaliśmy, że jeśli już trzeba, to lepiej ten rejon oglądać z okien autobusu dalekobieżnego.
Do Mardin, a następnie Midyat dotarliśmy bez problemu, miasta były rzeczywiście bardzo ciekawe i warte zobaczenia. Szczególnie Mardin, położony malowniczo na wysokim zboczu góry z rozległym widokiem na nizinę Syryjską. Za Midyat tereny były bardziej bezludne, spotykaliśmy prawdziwych nomadów, żyjących w namiotach i wypasających zwierzęta. Za Midyat kontrole wojskowe były coraz bardziej zdziwione, byliśmy nawet sprawdzani przez tajniaków. Przesilenie nastąpiło przed miastem Cizre, gdzie na punkcie kontrolnym zostaliśmy dość mocno sprawdzeni (mapy, przewodniki, bagaż) i odpytani z wiedzy o rejonie, ludziach, celu wizyty. Zaprzeczono, że wojsko tureckie z kimkolwiek walczy, upewniono się, że nie jedziemy od Iraku, próbowano nas skierować z powrotem strasząc terrorystami. Byliśmy nieugięci i po miłej rozmowie pojechaliśmy dalej. W Cizre przekonaliśmy się, że wojsko z nikim nie walczy: nad miastem czołg z lufą wycelowaną w centrum, w mieście przed posterunkiem policji wóz opancerzony, a obok miasta osiedle tureckie otoczone zasiekami – taki lokalny folklor. Byliśmy w Bośni i widzieliśmy skutki wojny, ale tutaj zobaczyliśmy życie pod lufami karabinów, trudniej się nam do tego było przyzwyczaić.
Dotarliśmy w końcu do bocznej drogi odbijającej w góry na pierwszą przełęcz. O dziwo nikt nas nie zatrzymywał na punkcie kontrolnym (są na wszystkich kluczowych skrzyżowaniach i przed miastami), ale w pierwszej miejscowości spotkaliśmy tajniaka, które dość obcesowo nas wylegitymował i odpytał. Dalej już były tylko coraz piękniejsze widoki, ciężki szutrowy podjazd i egzotyka w postaci miejscowych poruszających się konno, na osłach, pieszo i samochodami. Pierwsza duża przełęcz Tanintanin 2230 została zdobyta. Zjechaliśmy do doliny i zanocowaliśmy przed wioską, pomimo ostrzeżeń miejscowego pasterza, ale już się ściemniało. Miejsce było bajkowe, u zbiegu 3 potężnych górskich potoków, z widokami na ośnieżone szczyty, niedaleko było wywierzysko jednego z potoków. O północy mieliśmy wizytę miejscowych, albo partyzantów, byli zamaskowani (arafatki), mieli broń palną i długi kije. Wyjaśniliśmy skąd, dokąd, kto my, chcieli chyba jakąś opłatę, ale woleliśmy nie rozumieć ich za dobrze ;). Było dużo strachu, ale wszystko się dobrze skończyło. Nasza niepewność, co do bezpieczeństwa jeszcze się zwiększyła. Następnego dnia mieliśmy znowu pogadankę, tym razem z oficerem jakichś komandosów. Bardzo chciał pomóc, ale nie udzielił informacji o drodze na następną przełęcz. Widocznie chciał tylko nam pomóc w szybkiej ewakuacji. Droga na przełęcz była nieoznaczona, ale i tak ją znaleźliśmy – o dziwo mapy tego rejonu były zgodne z rzeczywistością. Po nocnych przygodach pojawiły się wątpliwości, co do bezpieczeństwa w eksploracji kolejnej przełęczy, ale jednak mnie tam ciągnęło. Szukałem dzikich krajobrazów, a brak kierunkowskazu na drogę sugerował sporo wrażeń. Nie zawiodłem się, droga na przełęcz i zjazd z niej był wyjątkowo ciężki (ta przełęcz była jeszcze wyższa - Suvarihalil 2470m), ale widoki rekompensowały trudy. Trzeba nadmienić, że w tych górach doliny są bardzo głęboko wcięte, stąd duże różnice wysokości do pokonania pomiędzy przełęczami. Droga była nieprzejezdna dla samochodów, ze względu na obsunięcia zbocza i śnieg pod przełęczą. Dzięki temu jechaliśmy kilkadziesiąt km przez puste i dzikie góry. To była esencja i punkt kulminacyjny tego wyjazdu. Dla takich właśnie dróg i widoków jeździmy na wyprawy. Widoki zapierały dech w piersiach i żaden opis tego nie odda. Nocowaliśmy wysoko w górach, na wysokości ok. 2000m po drugiej stronie przełęczy.
Gdy po długim zjeździe wróciliśmy do asfaltu, droga przebiegała już dalej bez problemu. No prawie, bo pogoda się popsuła, mieliśmy oberwanie chmury, przeczekiwaliśmy ulewę i deszcz kamieni spadających ze zbocza w tunelu oraz zeszła lawina błotna na drogę, ale to drobne szczegóły. Dotarliśmy do najwyżej położonego miasta w Turcji - Baskale, gdzie spotkało nas niezwykle miłe zdarzenie – sprzedawca w sklepie był tak dumny, że nas gościł i wypiliśmy z nim herbatę, ze nie chciał zapłaty za zakupy. Życzliwość i gościnność ludzi we wschodniej Turcji jest wyjątkowa. Moglibyśmy cały dzień spędzić na herbacie u przygodnie spotkanych ludzi, albo większość drogi w Kurdystanie pokonać na stopa. Kierowcy ciężarówek sami się zatrzymywali i proponowali podwiezienie. Kilka razy skorzystaliśmy podjeżdżając w upale szczególnie ciężkie odcinki. Raz nawet zatrzymał mi się motocykl z przyczepką, a w przyczepce była balia z oskubanymi kurczakami. Rower wrzuciłem na kurczaki, siadłem za motocyklistą i dla frajdy podjechałem kilka km. Całą drogę na motorze się śmiałem z tego środka lokomocji. Szkoda, że nie mogłem sobie zdjęcia zrobić. Gościnność Kurdów przyćmiła życzliwość Turków, do tego stopnia, że z tureckiej części Turcji zapamiętałem dzieci rzucające w nas kamieniami. No cóż, nie całkiem to sprawiedliwe, bo Turcy też byli w większości mili, ale jednak Kurdowie ich przebili.
Za najwyżej położonym miastem czekała nas najwyższa przełęcz naszej trasy - Guzuldere 2730m, jednak podjazd asfaltową drogą nie nastręczył większych trudności, był tylko żmudny i długi. Za przełęczą zaczęły się coraz bardziej charakterystyczne dla rejonu jeziora Van widoki – krajobraz suchy i surowy, ale jednak różnorodny. Zieleń w dolinach, suche pagórki, białe szczyty wysokich gór. W końcu pogoda, wiatr i nachylenie terenu nam sprzyjały. Dotarliśmy szybko do jeziora Van, za którym widać było majestatyczny stożek kolejnego wulkanu Suphan. Zwiedziliśmy wyspę Akdamar ze słynnym kościółkiem ormiańskim. Trafiliśmy niestety na remont kościoła, ale i tak nie można nie docenić jego piękna. Warto zapamiętać, że Ormianie stworzyli pierwsze chrześcijańskie państwo. Naszym marzeniem było też dotrzeć pod narodową, świętą górę Ormian – Ararat oraz ruiny miasta Ani. Niestety, pozostało zbyt mało czasu by tam dojechać. Z jednej strony żal było straconych wcześniej chwil, które zebrały się w całe brakujące teraz dnie, z drugiej jednak byliśmy już tak wykończeni, że nawet nie chciało nam się za bardzo zwiedzać miasta Van.
Turcja okazała się krajem bardzo atrakcyjnym dla podróży rowerowych poprzez urozmaicone krajobrazy: wulkany, różnorodne góry, step, jeziora górskie oraz spotkanie z inną kulturą, życzliwymi ludźmi, wioskami i miasteczkami wyglądającymi jak kilkaset lat temu. Turcja to obecnie w zdecydowanej większości kraj islamski, w całej Turcji natykaliśmy się na meczety i często słyszeliśmy śpiewne nawoływania muezinów. Wszystko to składało się na poczucie pewnej egzotyki.
Zwykle nie chcę wracać w te same kraje, chociażby bardzo mi się podobały – tyle jest miejsc na świecie, które chciałbym zobaczyć. Tym razem jednak czasem powraca myśl, by wrócić do Kurdystanu: dotrzeć pod Ararat, objechać jezioro Van.
Dojazd do Turcji
Ze względu na odległość najwygodniejszy jest samolot. Przed zakupem biletu koniecznie należy sprawdzić warunki przewozu roweru w danych liniach. Lecieliśmy tanimi liniami lotniczymi Germanwings z Berlina, w których za przewóz roweru można zarezerwować i opłacić wraz z rezerwacją biletu. Z Polski lata LOT, ale jeśli nie ma akurat promocji, to ceny są mało atrakcyjne.
Przejazdy na miejscu
Na miejscu jest rozwinięta silnie sieć autobusowa oraz samolotowa. Na dłuższych dystansach godna polecenia jest zwłaszcza komunikacja samolotowa. Sieć połączeń jest gęsta i samoloty latają często. Kupując bilety odpowiednio wcześniej cena może być niewiele wyższa od biletu autobusowego. Bilety można kupić przez Internet. Przy przelocie z Van do Izmiru korzystaliśmy z linii Turkish AirLines, które nie robią żadnych problemów z przewozem roweru i nie mają dodatkowych opłat z tym związanych. Rower wlicza się do limitu bagażu (20kg), ale pomimo przekroczenia o kilkanaście kg nie musieliśmy dopłacać.
Drogi
Dużym problemem w Turcji, zwłaszcza jeśli chce się poruszać po bocznych drogach, jest brak dokładnych map. Korzystaliśmy z mapy samochodowej obejmującej całą Turcję wydawnictwa EuroCart o skali 1:750 000 i nie znaleźliśmy na rynku nic dokładniejszego. Zwłaszcza na zachodzie, gdzie częściej korzystaliśmy ze skrótów, mapa nas zawodziła. Niektóre drogi na mapie w rzeczywistości nie istniały. Mapy numerowanych dróg, które na 100% istnieją można znaleźć na stronie tureckiego „zarządu dróg” Karayollari Genel Müdürlügü http://www.kgm.gov.tr/ (zakładka Haritalar).
Stan dróg jest ogólnie dobry, jednak w asfalcie zatopione są kamienie, co powoduje, że nie jest on gładki. Dlatego trzeba się przyzwyczaić do nieustannych wibracji. Koniecznie należy mieć solidne i dobrze skręcone bagażniki na rowerze oraz nie zakładać zbyt cienkich opon. Trzeba uważać na dziury w pobliżu pobocza.
Poza jedynym odcinkiem na wschodzie Turcji, gdzie droga była wąska i jeździło dużo ciężarówek, które wyprzedzały nas na styk, a nawet spychały z drogi – ruch samochodowy nie był uciążliwy. Z innych relacji wiem jednak, że niebezpiecznych dróg jest w Turcji dużo. My jednak jechaliśmy dość nietypowo środkiem Turcji i mało uczęszczanymi drogami, a nawet drogami szutrowymi.
Noclegi
Najczęściej nocowaliśmy na dziko. Z reguły nie jest problemem znaleźć miejsce na nocleg w górach, a w Turcji prawie wszędzie są góry. Jedynym problemem może być rozbicie namiotu, ze względu na skaliste podłoże. Nawet sobie nie wyobrażam jak sobie byśmy poradzili bez namiotu typu igloo wyposażonego w fartuchy śnieżne, które można przyłożyć kamieniami i w ten sposób naciągnąć tropik.
W miastach można znaleźć tanie, podłej jakości hotele poniżej 20zł, jednak prawie nigdy nie uzyskamy takiej ceny bez targowania. Tylko raz się zdarzyło, że podano nam uczciwą cenę (ok. 15 zł).
Język
Po angielsku, czy innych jezykach zachodnich można się porozumieć niemal jedynie w miejscach popularnych turystycznie. W innych miejscach pozostaje turecki, a na wschodzie kurdyjski i ewentualnie arabski. Dlatego, jeśli ktoś planuje dłuższe zwiedzanie tureckiej prowincji warto poznać podstawowy zasób słów tureckich. Język turecki jest bardzo łatwy, alfabet mają „normalny” łaciński, a nie bliskowschodnie robaczki. W internecie można bez problemu znaleźć rozmówki angielsko-tureckie, czy niemiecko-tureckie, a w naszych księgarniach polsko-tureckie.
Internet
Kafejki internetowe w Turcji są nawet w małych miasteczkach. Internet jest wolny, ale jest i do tego niedrogo. Przy korzystaniu z ich komputerów trzeba koniecznie zapamiętać, że literę „i” należy wybierać z prawym altem (tak jak u nas polskie znaki ąźć). Naciśnięcie samego klawisza [i] spowoduje wypisanie bardzo podobnego znaku „i” - takie „i” bez kropki. To bardzo ważne, jeśli ktoś np. w haśle do konta pocztowego ma literę „i”.
Jedzenie
Jedzenie w Turcji jest bardzo dobre i tanie pod warunkiem, że jadamy tam gdzie miejscowi, a nie turyści. Za około 8-10 zł można zjeść kebaba (czyli ogólnie potrawę z mięsa), do tego jest świeża sałatka z pomidorami, chleb i darmowa woda. W restauracjach dla turystów ceny są minimum 2x wyższe. Do picia warto poprosić o ayran – to bardzo smaczny jogurt. Jadając w tanich, miejscowych knajpkach trzeba się jednak przygotować na inne standardy przygotowania i podawania posiłków. Nie jest niczym niezwykłym brak gorącej wody w takim przybytku i podanie kebaba na wczorajszej gazecie. Oprócz „zwykłych” kebabów, przygotowanych na grillu, w większych miejscowościach można znaleźć kebaby w postaci różnego rodzaju smacznych gulaszy.
Przed zamówieniem posiłku trzeba koniecznie ustalić cenę, żeby się nie okazało, że zapłacimy cenę kilkakrotnie wyższą. Naciąganie turystów nie jest na szczęście normą, ale nie należy też do rzadkości.
Miasto Van jest słynne ze swoich bogatych śniadań. Warto spróbować miód z gęstą śmietaną, czy charakterystyczne sery z ziołami.
Inną turecką specjalnością są wyjątkowo gęste lody. Koniecznie trzeba spróbować, są bardzo dobre. Stoiska z oryginalnymi lodami posiadają certyfikaty z ojczyzny tych lodów, miasta Kahramanmaraş, a lodziarze często są tradycyjnie ubrani.
W górach piliśmy nieprzegotowaną wodę z ujęć, z których korzystali miejscowi i nie mieliśmy w związku z tym żadnych problemów. Nie wiem jednak, czy zdecydowałbym się na to w gorętszej porze roku.